Duchy znowu wróciły!
Duchy powracają. Tym razem na wystawie "Stan wewnętrzny" z cyklu "Naj
Nju" zrealizowanej przez Przemysława Jędrowskiego w Centrum Kultury
Zamek w Poznaniu.
Zresztą w moim przypadku - było to dość dosłowne spotkanie z duchami.
Była to bowiem Noc Muzeów, sama północ. Zostawiwszy dzieci u babci, obejrzeliśmy
sztukę Pankiewicza w Muzeum Narodowym, wpadliśmy na pokaz drag-kingów,
a potem udaliśmy się do CK Zamek. W głównym holu, tłum młodych wrażliwców
tłoczył się przy zdjęciach z World Press Photo. Niektórzy byli lekko podpici,
bladzi, co wzmogło we mnie wrażenie, że mam do czynienia z kimś w rodzaju
kanibali... Zresztą spojrzenia widzów na te fotografie nieodparcie przypominają
mi sytuację, gdy jest się ofiarą wypadku, a na około zbiera się tłum gapiów.
W ich beznamiętnych spojrzeniach kryje się jakiś głód.
No i wreszcie udało nam się przedrzeć przez tłumek wrażliwych kanibali,
by dotrzeć na wystawę "Stan wewnętrzny". Przywitał nas śmiech
z filmu Wernera Herzoga "Nosferatu" dobiegający ze starych skrzyń
stojących w korytarzu w instalacji dźwiękowej Rafała Jakubowicza. To śmiech
pomocnika wampira - Garbusa, mówiącego "Maister is hier". Od
razu zrobiło się dziwnie. Zeszliśmy na sam dół wieży zegarowej, gdzie prezentowana
była instalacja Laury Paweli pt. "Fight Club". I znowu usłyszeliśmy
diaboliczny śmiech, ale tym razem był to śmiech Brada Pitta z kultowego
filmu "Fight Club", (tłumaczony na polski jako "Podziemny
krąg", David Fincher, Niemcy-USA, 1999). Ten film jest ostatnio często,
może nawet zbyt często, przywoływany. Nagle okazuje się kluczowy dla zrozumienia
współczesnej kultury, a także sztuki (patrz tekst Jarka Lubiaka o Althamerze
i Bodzianowskim w najnowszym drukowanym "Obiegu", ale też moje
przywołanie w "Kanibalizmie po czesku" w Kalendarzu internetowego "Obiegu").
Film jest o głodzie rzeczywistości i pragnieniu przebudzenia. Tyle, że
to przebudzenie okazuje się następną halucynacją. Lubiak pisze, że mamy
do czynienia z reakcją na uwidmowienie samej rzeczywistości. "Kiedy
rzeczywistość staje się 'kopią kopii kopii', czyż nie staje się po prostu
widmowa? I czy tęsknota za snem jako możliwością przebudzenia oraz za możliwością
cielesnego, fizycznego czucia, prowadzące do uwielbienia walki na pięści,
nie jest nostalgią widmowości za materialnością i cielesnością?",
Obieg 1(73)2006, s. 26).
Pawela przygotowała ring, a właściwie ekran do pokazania scen walki z "Fight
Club".
Atmosferę tajemniczości wzmogło opakowanie i zasłonięcie tego wszystkiego,
co w tej sali się znajdowało: waz, kinkietów, tronu cesarskiego itp. Nastrój
dziwności i nieadekwatności (bo czy akurat w takim miejscu można by szukać
rzeczywistości?) szybko zepsuł pracownik Zamku, który oprócz tego, że wręczył
mi kartkę z informacją o wystawie, powiedział, że mam przyjść kiedy indziej
- kiedy tron cesarski będzie można zobaczyć. Prawdę mówiąc, nie wiedziałam,
co on do mnie mówi. Pracownicy CK Zamek w ogóle uprzykrzyli mi zwiedzanie
wystawy, cały czas przeganiając mnie za robienie zdjęć. W efekcie wszystkie
moje zdjęcia są poruszone i niewyraźne. W zasadzie trudno fotografować
duchy, tym trudniej przy tak nadgorliwych strażnikach.
Cała ta paradoksalna sytuacja dobrze wpisuje się w sam kontekst wystawy. "Stan
wewnętrzny" mówi o duchach, które drzemią w tych murach - cesarza
Wilhelma II oraz Adolfa Hitlera, który wybrał to miejsce na swoją wschodnią
rezydencję i choć nigdy tu nie zamieszkał - już w 1939 roku zlecił Albertowi
Speerowi przebudowę Zamku Cesarskiego w duchu architektury III Rzeszy.
Poznańscy strażnicy z poświęceniem strzegą tego dziedzictwa, a zapewne
warto byłoby sięgnąć w głąb i zapytać o politykę kulturalną Poznania, na
ile jest ona realizowana w Centrum Kultury Zamek, jeśli co rusz wyrzucane
są z tego miejsca jakieś galerie czy pracownie artystyczne, a na ich miejsce
wchodzą szkoły językowe. Wydaje się, że według Zarządu Miasta, miejsce
to ma po prostu przynosić materialne korzyści, a nie służyć realizacji
celów społecznych czy artystycznych. Niestety. I dlatego też tak cenna
jest wystawa, którą udało się zrobić Jędrowskiemu. Jedno z nielicznych
działań na przekór, pytające zarazem o pamięć, którą chowa w swym wnętrzu
Zamek.
A z tego, do kogo należy Zamek i czyim właściwie jest dziedzictwem zakpił
Marek Glinkowski w instalacji pt. "Fundacja", którą stanowią
umieszczone na terenie całego Zamku tabliczki z napisami w języku polskim
i niemieckim, takimi jak: "To jest Twoja fundacja. Korzystaj z wszystkiego,
co Twoje", "To jest Twój majątek. Bądź dumny z Tego co masz", "Wszystko,
co widzisz, należy do Ciebie. Bądź dumny z Tego", "Bądź dumny
z tego kim jesteś. Jesteś za To odpowiedzialny"..
Stąd też propozycja przyjrzenia się temu, co wewnętrzne i ukryte, stąd
zagadkowa wycieczka po wnętrzach tego miejsca. Sam kurator powiada tak: "Każdy
z artystów zmierzył się więc z silną, totalitarną strukturą Zamku, demonstrując
swój sposób na funkcjonowanie we 'wrogim' mu świecie. Wystawa nie jest
zatem 'o Zamku', lecz 'przez Zamek', który stanowi punkt wyjścia i dojścia
wystawianych w nim projektów. Ich największą wartością jest rejestracja
spięcia ideologii władzy przypisanej wnętrzu ze współczesnym językiem sztuki".
Współczesne prace wydobywają więc napięcia, które ukrywa ta architektura
władzy, to jak zaświadcza ona o panowaniu systemu nad jednostką ludzką.
Ciekawe, że te napięcia silnie odczuwają na przykład małe dzieci, które
boją się wchodzić do Zamku, płaczą, kiedy znajdą się w tych wielkich i
zimnych przestrzeniach. Ale artyści odczarowują też grozę tego miejsca.
To dzięki sztuce takie miejsca zaczynają żyć na nowo, rewitalizują się,
przestają już produkować jedynie złowrogie znaczenia.
Oto nad jedną z klatek schodowych zawisł neon EB Rafała Jakubowicza.
Ba, ale nie chodzi o reklamę piwa, tylko o... Ewę Braun. Monogram EB
wyglądający
jak czterolistna koniczynka, lub też motyl został zaprojektowany przez
Alberta Speera właśnie dla Ewy Braun (był wyszywany m.in. na obrusach).
Wszystko zależy od tego czy znamy tę historię, wyciągniemy ją z artysty,
bądź kuratora, czy pozostaniemy w niewiedzy, sądząc, że artysta próbował
zamienić neon z reklamą, jakich wiele w mieście w beztroski znak - symbol
szczęścia. Jakubowicz nie byłby jednak sobą, gdyby nie ukrył w swej pracy
- mrocznej historii czy też odwrotnie - naznaczył nią to mroczne miejsca.
Ciekawe jest jednak to, że w tych zimnych murach wielkiego Zamku koniczynka
- zwłaszcza, kiedy nie znamy historii o monogramie Ewy Braun - staje się
znakiem pozytywnym - mającym właśnie na celu odczarowywanie.
Ale czasami to odczarowywanie wiąże się właśnie z ujawnianiem - jak w
przypadku malarstwa Karola Radziszewskiego przedstawiającego płaskorzeźby
i rzeźby
Arno Brekera, a więc coś, co w zasadzie mogło lub też miało znaleźć się
w Zamku. Albert Speer pracował zwykle z Brekerem, którego dekoracje rzeźbiarskie
dopełniały architekturę Speera. Ta płaskorzeźby miały jedną zasadniczą
cechę - były niemal otwarcie(!) homoseksualne. Oto dochodzimy do jednego
z największych paradoksów III Rzeszy. Jawne potępianie homoseksualizmu,
zwalczanie go jako zepsucia i degeneracji, obozy pracy i obozy koncentracyjne
dla homoseksualistów nie przeszkadzały niektórym prominentnym członkom
władz oddawać się homoseksualnym praktykom, zaś kultura odwołująca się
do sztuki antycznej, niosła podziw i uwielbienie dla silnego męskiego ciała.
Pokazuje to, jak bardzo homofobia była jedynie narzędziem politycznym.
Tak jak antysemityzm, eksterminacja Romów czy osób umysłowo chorych - była
narzędziem budowania tożsamości niemieckiej - czystej i zdrowej. Była narzędziem
służącym popchnięciu Niemców do Zagłady, usprawiedliwiającym ten proceder
w ich świadomości. Jednocześnie homofobiczna postawa pełna była ukrytych
homoseksualnych aluzji. Bo wstręt idzie zwykle w parze z zachwytem. Na
tę przedziwną kulturę wskazuje też Radziszewski w pracy wideo pt. "Parsifal".
Tuż obok Pawela wciąż zmaga się ze swym pragnieniem doświadczenia rzeczywistości.
Na prezentowanym filmie wideo bije się z kimś - jak Jack w "Podziemnym
kręgu", ktoś zrzuca ją ze schodów Zamku. Jakaś zwiedzająca dziewczyna
mówi, że nie może na to patrzeć, bo ją to boli. Ten ból faktycznie dość
łatwo odczuć, gdyż film prezentowany jest tuż przy schodach, z których
spada na filmie Pawela. Tymczasem na górze widzimy, że nikt nie zepchnął
Laury, ona jak Jack - bije się sama ze sobą i sama z tych schodów się
zrzuca.
O prawdzie/fikcji i niemożności rozgraniczenia między nimi mówi artysta,
na którego natknąć się można ostatnio wszędzie - Robert Kuśmirowski. W
pomieszczeniu przy wejściu do Sali Kominkowej, w której miał być Gabinet
Hitlera, artysta ustawił gabloty z dokumentacją odnoszącą się do dwóch
wojennych stylistyk: niemieckiej (robotnika przymusowego) i radzieckiej
(łagrowej). W gablotach umieszczone są autentyczne zdjęcia, albumy, medale
i dokumenty, ale też dokumenty spreparowane przez artystę. Jak zwykle w
przypadku sztuki Kuśmirowskiego niemożliwe staje się rozróżnienie między
tym, co autentyczne a tym, co fałszywe. Ta instalacja nosząca nazwę "histograficznej" mówi
o histo-grafii - a więc o pisaniu historii. Bo nigdy nie możemy dotrzeć
do historycznej prawdy, przedzieramy się przez relacje prawdziwe i fikcyjne.
Tworzymy własną wersję tejże historii. Jesteśmy przekaźnikiem wprowadzającym
do niej własne "zaburzenia" - jak powiedziałby Georg Kubler,
który pisał właśnie o "kształcie czasu". To budowanie historii
także na legendach, niepotwierdzonych anegdotach potwierdza się w przypadku
Zamku i związanej z nim zagadki: nikt mianowicie nie wie, czy Hitler wizytował
w końcu to miejsce czy nie. Według opowieści jednego z robotników pracujących
przy przebudowie, miał ponoć odbyć w tajemnicy podróż i przebywać w Zamku
przez kilka godzin w roku 1939. Status tego podania nie został jednak potwierdzony.
Zaś grozę Gabinetu Hitlera w przedziwny sposób odczarowuje praca "My
Home is My Castle" Artura Trojanowskiego, gdzie ten napis w kolorach
pomarańczowo-białym umieszczony został na ścianie, przy której znajduje
się pościel, odgrodzona od reszty pomieszczenia pomarańczową linią. Ta
praca, przewrotnie, mówi o bezdomności, o braku własnego miejsca i anektowaniu
przestrzeni.
Na znaki i symbole oraz ich wymienność wskazują z kolei prace grupy Twożywo,
gdzie najciekawsze hasło to "Boga czy bogaczy", odwołuje się
już raczej do współczesności, którą, jak powiada Kinga Dunin, określa albo
Bóg, albo rynek. Marcin Maciejowski zaś w typowym dla siebie stylu prezentuje
obrazy ukazujące wydarzenia związane z III Rzeszą, Albertem Speerem, Leni
Riefenstahl itp. Obrazy powstały w wyniku przemalowania autentycznych zdjęć.
Przedstawienia związane ze sztuką nazistowską zestawione są ze znajdującymi
się na boazerii intarsjowanymi alegoriami wojny i pokoju. Jednakże, jak
w przypadku całej sztuki Maciejowskiego, następuje w niej odcięcie od rzeczywistości.
Jego obrazy są "kopią kopii kopii", są w zasadzie symulacjami
nieposiadającymi głębi, gdzie nie ważny staje się obiekt odniesienia. W
ten sposób przywołane na nich wydarzenia, są równie obce i odległe, jak
historia. Tyle, że prace te umieszczone w tym miejscu pokazują właśnie
ową obcość i odległość.
Duchy jednak wcale nie chcą nas opuścić. W bardzo ciekawy sposób przywołuje
je Magda Moskwa, która w starej windzie zbudowanej specjalnie dla Hitlera,
umieściła instalację malarską z charakterystycznymi dla tej artystki wystającymi
czarnymi paznokciami. Namalowane zostały jedynie dłonie, reszta przesłonięta
jest białym płótnem, co budzi prawdziwą grozę. W tym miejscu stoi zwykle
rzeźba - akt kobiecy. Moskwa pokazuje, że jest to jednak miejsce przeklęte.
Niezwykle ciekawa jest też instalacja umieszczona w innej windzie - "Przebuduj
mnie" Jakuba Adamka ukazująca portret Alberta Speera. Jego postać
możemy dowolnie przebudowywać przesuwając ruchome klocki. Adamek wskazuje
na Zamek, który był przebudowywany przez Speera, by stał się budowlą odpowiadającą
wymaganiom architektonicznym w III Rzeszy. Czy artysta również stawia na
odczarowanie tego miejsca, jego unormalnienie? Naprowadzają na to obrazy
(umieszczone w pobliskiej klatce schodowej) z cyklu pt. "Kwatery",
gdzie w wielkich przestrzeniach zamku artysta projektuje pomieszczenia
mieszkalne- sypialnię, kuchnię, kącik do pracy - typowe M3.
To wszystko dzieje się wewnątrz, natomiast na zewnątrz - na wieży zegarowej
spotykamy się jeszcze z dwoma pracami. Pierwszą jest instalacją pt. "Defilada" Kamila
Kuskowskiego, który pod jednym z balkonów umieścił nazistowską flagę z
wymazaną swastyką, natomiast z balkonu unosi się dym. Artysta przywołał
w ten sposób złą sławę tego miejsca i towarzyszące mu mity, jest to bowiem
balkon Hitlera, który być podgrzewany. Jak głosi jedno z podań na temat
Zamku, gdy weszli tu Rosjanie, nie mogli zrozumieć, jak to możliwe, że
na tym balkonie od razu topi się śnieg. Drugą pracą jest projekcja Macieja
Kozłowskiego "Wolność, równość, braterstwo". Kozłowski odwraca
tu sytuację, pyta o to, co widział Zamek, czego był świadkiem, jak tocząca
się historia obudowała to miejsce nowymi znaczeniami - znaczeniami związanymi
z ulicą i obywatelskimi protestami. Podczas projekcji pojawiają się daty
1956-2006 odwołujące się do 50 rocznicy wydarzeń poznańskiego czerwca.
A na zdjęciach widzimy pałowanych ludzi. Są to jednak zdjęcia współczesne,
co odwołuje się do wydarzeń, które miały miejsce niedawno, a więc do brutalności
policji podczas pacyfikacji ostatniego Marszu Równości i. Praca ta pyta
więc o wolność i swobody obywatelskie wczoraj i dziś.
Poprzez wystawę "Stan wewnętrzny" to miejsce staje się żywe,
opowiada własną historię, wyrzuca skryte traumy, mówi o skomplikowanym
procesie, jakim jest historia i o tym, jak trudno jej doświadczać.
Bo historii w zasadzie nie ma, tak jak i realności.
Iza Kowalczyk
"
Stan wewnętrzny", kurator: Przemysław Jędrowski, CK Zamek, Poznań,
19.05-8.06.2006
[31.05.2006]
|