LAMPA, maj 2006


Artystyczny remont łazienki       

Rozmowa z Laurą Pawelą

Marta Tychmanowicz

Laura Pawela opowiada Marcie Tychmanowicz o tym, kiedy remont łazienki zaczyna być projektem artystycznym oraz skąd jej upodobanie do dużych przedmiotów.

Laura Pawela (ur. 1977 w Rybniku). Ukończyła Instytut Sztuki Uniwersytetu Opolskiego i Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu na wydziale rzeźby. Zasłynęła internetowo-komórkowym projektem Reallaura. Swoje prace realizuje w różnych technikach: maluje, wykonuje instalacje i projekty internetowe. Obecnie prowadzi pracownię gościnną na wrocławskiej ASP. Przygotowuje również prace inspirowane filmami Przekręt i Fight Clu

Laura postanowiła, niestety bezskutecznie, zabezpieczyć swoją przyszłość i ubezpieczyć rzecz bezcenną - swój talent. Powstał film wideo, kręcony ukrytą kamerą, rejestrujący spotkania Paweli z agentami oraz reakcje i odpowiedzi różnych ubezpieczycieli

Podczas pobytu na stypendium we Francji, której mieszkańcy czuli się zagrożeni napływem taniej siły roboczej z nowych krajów członkowskich UE, Laura skomentowała sytuację Polaków wyjeżdżających do pracy za granicę w ten sposób, że wyremontowała łazienkę w miejscu swojej rezydentury. Powstał film oraz odświeżona salle de bain w kolorach beżu i zieleni.

Pawela wykorzystała trik filmowy, tak jak złodziej, który podkłada pod monitorującą kamerę inny obraz niż w rzeczywistości. Faster to pusta galeria a w niej projekcja wideo, gdzie widać pracującego szybko artystę przy maszynie rzemieślniczej oraz stertę wyprodukowanych przez niego "nieukończonych" obrazów z charakterystycznym czerwonym krzyżykiem na białym tle ("nieukończone" obrazy w świecie Paweli znaczą tyle, co "niezaładowane" - tak jak obrazki czy zdjęcia na stronach www).

Projekt polegający na zorganizowaniu wystawy za 500 zł. Za taką sumę mogły jednak powstać tylko nieukończone obrazy i rzeźby ("niezaładowane" lub zrobione do połowy). Obiekty w całości można było obejrzeć jedynie na filmie dzięki symulacji komputerowej. Praca o borykaniu się artystów z ograniczeniami finansowymi i kompromisami pomiędzy zamierzeniami a realiami.

Obraźliwe, wulgarne, pełne nienawiści i agresji napisy, odnoszące się do kobiet, które Pawela znalazła i sfotografowała na murach, w tramwajach, autobusach, a zdjęcia pokazała na wystawie zorganizowanej z okazji Dnia Kobiet.

Wariacja na temat skrótu dotyczącego policji, jaki można znaleźć na murach. "P" zastąpiono  "F ", które może oznaczać "feministki" lub "faceci". Projekt (naklejka) był pokazywany na wystawie Gentelmen's story club w Poznaniu obok prac ośmiu mężczyzn.

Seria obrazów wykorzystujących estetykę Windowsów - wyglądu okien, grafiki, komend i pytań komputera.

Długotrwały projekt, polegający na codziennym rozsyłaniu "odcinków z życia Laury" na telefony komórkowe i na maile odbiorców. Praca czerpała z popularności Big Brothera i wykorzystywała modę na tzw. personalizację wyświetlaczy telefonów komórkowych. Powstała też seria zielonych obrazów o powierzchniach podzielonych na piksele. Projekt zakończył się naturalnie wraz z erą starych komórek o zielonych wyświetlaczach

Obraz, na którym Pawela zapisała pytanie do krytyków o szanse, jakie ma jej sztuka na rynku artystycznym i o ocenę wartości niematerialnej.

MARTA TYCHMANOWICZ: Otworzyłam stronę LauraPawela.com najpierw w Firefoxie, potem w Explorerze i wyskakiwały mi tylko białe okienka z krzyżykami - nie chciały się otworzyć ani obrazki, ani teksty. Doczytałam się jednak, że tak ma być i że to kontynuacja Twojego ostatniego projektu - Budżet 500.

LAURA PAWELA: Dużo osób się na to nabiera! A myślałam, że łatwo się zorientować, że niezaładowane grafiki to zamierzony efekt. Na stronie wszystkie pliki są załadowane, naśladują jedynie charakterystyczne czerwone "X", czyli problemy z otwarciem pliku. A to jest po prostu oznaka mojego zmęczenia i zielonym kolorem, i Reallaurą, i Windowsami - nic z tego się już nie ładuje.

Masz chyba tendencję do długotrwających projektów. Twój ostatni Ubezpieczenie talentu trwał i trwał...

- Tak, bo w tzw. międzyczasie byłam na stypendium we Francji, pracowałam nad innymi pracami. Prawdę powiedziawszy ten projekt maksymalnie mnie wykończył, doszłam nawet do wniosku, że absolutnie nie nadaję się do prac, które wymagają ode mnie chociaż odrobiny talentu aktorskiego. Nie sprawdzam się jako performer czy aktor, który z kamienną twarzą wypowiada swoje kwestie. Chodziłam na spotkania z agentami ubezpieczeniowymi, traktowałam to wszystko bardzo poważnie, miałam ze sobą dokumenty potwierdzające mój domniemany talent, czyli CV, listę wystaw, nagród... Niektóre rozmowy kończyły się kompletnym fiaskiem i pozostawiały niesmak lub inne negatywne wrażenia, zresztą, nie zawsze można drążyć temat ze spokojem, kiedy kończy się kaseta w ukrytej kamerze.

Jaki był cel tego projektu? Liczyłaś, że uda Ci się ubezpieczyć talent, czy chciałaś coś skonfrontować, coś konkretnego udowodnić?

- Z jednej strony był to dowcip, z drugiej chciałam pokazać pewne absurdy funkcjonujące w społeczeństwie, w działalności organizacji, w przepisach, systemach itp. Chciałam także zaakcentować brak miejsca w społecznych strukturach na to ?coś", co nazywa się artystą. Podjęłam próbę ubezpieczenia czegoś, czego ubezpieczyć nie można. A dlaczego nie można? Ponieważ społeczeństwo nie wytworzyło potrzebnych do tego struktur i nazewnictwa. Okazało się, że nie istnieje zawód artysty, a jego wytwory nie są społecznie pożądane. Artysta dzisiaj jest popularny, świetnie sprzedają się jego prace, ale np. za dwa lata jego twórczość może spotkać się z kompletną obojętnością. Chciałam więc ubezpieczyć się przed tym stanem, kiedy nie wykonuję swojego zawodu, nie sprzedaję prac i nie wystawiam, czyli jestem na artystycznym bezrobociu. Z jednej strony chciałam do tego podejść ironicznie, a z drugiej - zupełnie poważnie próbowałam ubezpieczyć swój talent. W jednej z firm ubezpieczeniowych powiedziano mi, że póki co w Polsce nie ma podobnych ubezpieczeń, ale w innych krajach są, jeśli tylko znajdzie się sposób na udowodnienie przedmiotu ubezpieczenia np. talentu.

Mimo to, byłam zarówno przygotowana na sukces - w postaci polisy, a gdyby udało się ją otrzymać, to szukałabym sponsora na opłacenie ubezpieczenia; jak i na klęskę - dlatego dokumentowałam całą akcję. Ale był taki moment, kiedy wydawało mi się, że projekt się powiedzie - okazało się bowiem, że można ubezpieczyć sukces, a raczej ubezpieczyć się od jego nie osiągnięcia. Najczęściej ubezpiecza się w ten sposób sportowców jadących na olimpiadę czy inne zawody.

Może cały zamiar nie powiódł się, bo jego założenie było fałszywe?

- Moi znajomi, przy okazji projektu Ubezpieczenie talentu zadawali mi pytanie"?A skąd wiesz, że masz talent?". Tylko w ubezpieczalniach nikt mnie o takie rzeczy nie pytał. Czy to aż tak bulwersujące, że mówisz: "mam talent, dzięki niemu zarabiam i chcę w ten sposób zarabiać w przyszłości"? W końcu to jest mój wyuczony zawód i długo na to pracowałam.

Twoje podejście do sztuki jest chyba bardzo praktyczne. W swoich projektach (Budżet 500, Ubezpiecznie talentu, Czykrytykmniekupi, Faster) podkreślasz jak ważne są kwestie finansowe. Większość artystów tak otwarcie o tym nie mówi.

- Nie wydaje mi się, aby wszyscy idący na studia artystyczne byli pięknymi lekkoduchami karmiącymi się jedynie twórczą weną. Musieliby wtedy zakładać, że idą na studia kompletnie bezsensowne, bo nie dające możliwości utrzymania się. A ja, póki co, utrzymuję się ze sztuki i pracuję na uczelni, pracuję jak każdy inny.

A co do moich projektów to Budżet500 poruszał nieco inny temat, brak dofinansowania kultury, brak pieniędzy na funkcjonowanie galerii. Faster zaś mówił o robieniu sztuki na ilość, przez to traci na wartości.

W marcowej "Lampie" (3/2006) był wywiad z Agatą Bogacką, która powiedziała, że sztuka nie ma płci, a rozróżnienie na sztukę męską i kobiecą jest sztuczne. Czy zgadzasz się z tym stwierdzeniem? Czy może jesteś feministką? Nawiązuję tu do Twoich prac, takich jak Suczki i CHWDF.

- Absolutnie nie jestem feministką. Po projekcie Reallaura zaczęto mnie wpisywać w nurt sztuki kobiecej, feministycznej. W każdej kolejnej pracy zaczęłam się od tego odcinać, ponieważ uważam, że to, że jestem kobietą nie powinno mieć wpływu na odbiór mojej sztuki. Załóżmy, że Reallaurę wykonuje facet, projekt byłby ten sam, wykorzystywałby te same techniki i media, a nie zostałby nazwany "męskim". Czy tylko płeć ma determinować jakość i rodzaj sztuki? Nie widzę powodów do dzielenia sztuki na kobiecą i męską. Takie rozróżnianie wydaje mi się kompletnie nieuzasadnione. Inny mój projekt Suczki był specjalnie realizowany na krakowską wystawę "Święto kobiet", a z kolei CHWDF był prześmiewczy, może nawet antyfeministyczny, ostatecznie odcinający moją twórczość od określeń feministycznych. Feministki mogą to ostatnie "F" w CHWDF odczytać jako "facetom", a ktoś inny może to "f" odczytać jako "feministkom".

Czyli bliżej ci do ironizowania z postawy feministek?

- Nie jestem przeciwniczką ruchu feministycznego, uważam jednak, że nie można każdego projektu wykorzystującego wizerunek kobiety lub tworzonego przez kobietę nazywać feministycznym bądź wrzucać do worka z napisem "sztuka kobiet". Co to jest sztuka kobiet? W pewnym momencie to określenie zaczynało nawet mieć znaczenie pejoratywne. Uważam, że sztuka feministyczna istnieje - niektóre artystki za jej pomocą poruszają naprawdę ważne kwestie - natomiast nie widzę sensu w podziale twórczości na tą wykonywaną przez kobiety i mężczyzn, to trąci mi nieco średniowieczem. Z drugiej jednak strony uważam, że kobietom jest trudniej na polu sztuki, są wciąż traktowane jako te mniej interesujące. Spójrzmy chociażby na przegląd najnowszej sztuki w Polsce prezentowanej w CSW. I kogo tu widzimy? Większość to mężczyźni.

Co dla Ciebie jest ważne w sztuce? Jakie sprawy Cię interesują?

- Nigdy się nad tym nie zastanawiam, jaki będzie następny projekt i jakie problemy poruszy. Nie mam spójnej tezy ani stałej inspiracji. Wiem tylko, że lubię to, co robię, ale nigdy nie planuję, w którym kierunku ma pójść moja twórczość. Staram się nie ograniczać, nie nazywać siebie artystą multimedialnym, malarzem czy rzeźbiarzem i nie dać się wrzucić do worka z etykietą.

Wobec tego czym się nigdy nie zajmiesz?

- Inspiruję się wielokrotnie przywoływaną w sztuce najnowszej codziennością, więc wiem na pewno że nie zajmę się malarstwem abstrakcyjnym. Jeżeli wybiegam w przód i myślę o projektach, które będę realizować w przyszłym roku, to są one osadzone w problemach, które nas spotykają na co dzień.

Przeszłaś ewolucję od projektu, powiedzmy autobiograficznego, jakim jest Reallaura, do pracy Łazienka. Czy podczas pobytu we Francji naprawdę odczuwałaś atmosferę zagrożenia napływem taniej siły roboczej z Polski?

- Bezpośrednio tego nie odczuwałam, ale sytuacja podczas pobytu na stypendium była dosyć napięta. Wyjechałam do Strasburga na trzy miesiące, nie wiedząc który z projektów tam zrealizuję, ale wiedziałam, że muszę odpocząć od Windowsów, komórek i niezaładowanych obrazków. Chciałam zrobić coś, czym zainspiruję się na miejscu. Takie było założenie. Niestety, instytucja, która mnie gościła dziwnym trafem odrzucała wszelkie moje pomysły.

Myślałam, że na takim stypendium ma się więcej wolności...

- Ja też tak myślałam, ale w połowie mojego pobytu odbyło się we Francji referendum unijne i w związku z tym wszystkie hasła dotyczące ?polskiego hydraulika" były bardzo żywe. Francuzi rozmawiali o problemie napływu taniej siły roboczej z Polski, to była ich prawdziwa fobia. Przed remontem łazienki, samych plakatów z wizerunkiem hydraulika-przystojniaka nie widziałam, ale o całej sprawie dowiedziałam się z rozwieszanych ulotek, na których przekreślano polską flagę. Rozmawiałam z Francuzami, którzy byli święcie przekonani, że Polacy mogą legalnie pracować we Francji, moje sprostowania traktowali zaś jako brak wiedzy. Rozmawiałam też z Francuzami, którzy prosto w twarz wyśmiewali Polaków, hydraulika, nasz system, kraj i poziom rozwoju gospodarczego. Trochę się tym denerwowałam i chyba dałam się ponieść niewytłumaczalnemu dla mnie w tej chwili, patriotycznemu uczuciu, które kazało mi zaprotestować. Chciałam też trochę zagrać Francuzom na nosie, wyśmiać ich podejście, zaproponowałam więc, że skoro nie chcą sztuki, to ja im wyremontuję łazienkę.

... która była paskudna i strasznie zasyfiona!

- Na zdjęciu nie widać wszystkich szczegółów. Ten remont trochę Francuzów zabolał, ale pozwolili mi go zrobić chyba dlatego, żebym nie wracała do wcześniejszych pomysłów. Pierwszy projekt polegał na odpracowaniu pieniędzy, które były przeznaczone na moją sztukę. Chciałam zachować się jak typowy Polak. Pojechać za granicę, sprzątać, wbijać gwoździe, zamiatać i odpracować te 1650 euro, po czym wrócić do Polski i tutaj ulokować pieniądze w mniej lub bardziej trafnej ?inwestycji". Kiedy Francuzi usłyszeli o moim projekcie nie zgodzili się; w ich opinii wyższe wykształcenie nie pozwala pracować przy wbijaniu gwoździ. Bali się, że ośmieszę ich instytucję, ale na remont łazienki - którego cel również można tak dosłownie odczytać - zgodzili się.

Czyli w tamtym środowisku ludzi kultury, lęki przed Polakami też były obecne, a oni mało wiedzieli na nasz temat?

- Chyba tak. Myśleli, że w Polsce nie ma chociażby McDonalda, nie ma firmowych sklepów, dobrych restauracji, że nowością dla nas są wszelkie techniczne rozwiązania, że mieszkamy w małych wioskach i pijemy wódkę (taki wizerunek Polaka popularyzowała zresztą pewna stacja telewizyjna). Panuje niestety taki stereotyp biednego Polaka, który przyjeżdża do bogatej Francji, żeby zabrać to ich bogactwo. Strasznie patrzono mi na ręce i rozliczano z każdej zakupionej bułki, podpasek, z każdego francuskiego euro.

No, a jak poszedł remont?

- Trwał trzy tygodnie i to był najcięższy projekt, jaki zrobiłam w życiu! Wielu rzeczy się nauczyłam, chociaż ta praca przekraczała moje możliwości fizyczne!

Popatrz na to z drugiej strony - ile nowych, pożytecznych rzeczy umiesz teraz zrobić!

- No właśnie, kiedy wróciłam do domu wyremontowałam mamie kuchnię.

A jeśli chodzi o początki, to jak wyglądała twoja droga na ASP we Wrocławiu?

- Zawsze wiedziałam, że będę studiować na ASP. Żadne inne studia nie wchodziły w grę. Próbowałam cztery razy. Wcześniej skończyłam Instytut Sztuki na Uniwersytecie Opolskim, gdzie poznałam mojego profesora, Leona Podsiadłego, który widział we mnie rzeźbiarza. Na studiach w Opolu miałam plan, że kiedy dostanę się na wydział, to będę robiła takie ogromne rzeźby. Może to dlatego, że sama jestem taka nieduża.

Teraz raczej nie rzeźbisz.

- Rzeczywiście, po skończeniu studiów nie zrobiłam żadnej rzeźby, ale to chyba tylko dlatego, że nie mam własnej pracowni. Myślę, że kiedy będę miała kawałek miejsca do pracy, to na pewno powstanie coś przestrzennego. Chociaż i w czasie studiów żadnej typowej realizacji rzeźbiarskiej nie udało mi się zrobić.

A co dokładnie teraz robisz na wrocławskiej ASP?

- Prowadzę gościnną, interdyscyplinarną pracownię według własnego programu. Jest to nowa inicjatywa rektora akademii, który przy współpracy z Urzędem Miasta postanowił otworzyć pracownię, co roku prowadzoną przez innego młodego artystę. Ja rozpoczęłam ten eksperyment, prowadzę zajęcia fakultatywne dla studentów, którzy chcą zrobić nieco więcej niż zwykle się robi podczas studiów.

I jak Ci idzie w roli pedagoga?

- Zawsze chciałam pracować ze studentami, którym przekażę swoją energię, z którymi będę razem działać i robić świetne wystawy i akcje. Okazało się jednak, że to nie jest takie proste. Dużo rozmawiamy o sztuce najnowszej, o bieżących problemach. Studenci przynoszą swoje projekty i mam nadzieję, że z tych spotkań i dyskusji urodzi się jakaś interesująca wystawa, kończąca moją współpracę z ASP.

Jakie tematy dajesz im do zrealizowania?

- Ostatnio wymyśliłam temat poruszający problem ?nowej cenzury" w Polsce. Co z tego, że stara została zniesiona, skoro na jej miejscu pojawiła się nowa? Nie wszyscy studenci zgodzili się z moim twierdzeniem, szanuję ich zdanie i jeśli nie mają ochoty poruszać zadawanych przeze mnie tematów - nie ma sprawy. Wcześniej były tematy inspirowane sytuacjami, które mnie się przytrafiły np.: ?Budżet twojej wystawy wynosi 500 zł. Zaprojektuj wystawę, przedstaw projekt, kosztorys itp". Zadawałam także zadania polegające na tworzeniu czegoś na kształt ?gabinetu cieni pewnej wystawy". Moją ostatnią wystawą była Welcome to media, więc temat brzmiał: ?bierzesz udział w wystawie Welcome to media; zaproponuj projekt, który byś na niej pokazał". Studenci dopiero przyzwyczajają się do tych zajęć, więc wszystko przed nami.

Jak odczuwasz, jak rozumiesz tę nową cenzurę?

- Nowa cenzura to dla mnie szereg wydarzeń, które ostatnio mają miejsce w Polsce i dotyczą zjawisk w kulturze, sztuce, prasie, TV czy radiu. Co chwilę słyszę, że jakaś wystawa zostaje ocenzurowana. A to nie wolno wypowiedzieć się na temat kaczki dziwaczki, a to znowu komuś nie podoba się krytyka, więc wycina masowo z gazety tysiące stron... Nie chcę, żeby to zabrzmiało paranoidalnie, ale coraz częściej powstawaniu nowej wystawy towarzyszy obawa, czy się kogoś nie urazi. Sztuce ostatnio towarzyszy nadmierna aura skandalu, lęków przed karą za naruszenie zasad moralnych. Na wernisażu Ubezpieczenia talentu przeprowadziłam szereg rozmów na temat tego, czy projekt jest niemoralny. Pokazuję w nim w końcu ludzi, którzy nie wiedzieli, że są kręceni. Sam fakt, że komuś przyszło do głowy takie pytanie jest dla mnie zastanawiający. Długo by można przywoływać przykłady ?nowej cenzury" w Nowej Polsce.

A czy jakaś Twoja wystawa została ocenzurowana?

- Jakiś czas temu zrobiłam pracę pt. Pawela ma jaja, w której wykorzystałam okładkę gazety "Fakt", zmieniając nazwę na ToFakt. Projekt nie spodobał się wydawcy gazety, który uważał, że nie mam prawa do wykorzystania fragmentu okładki. Proces wisiał na włosku, a praca była zaledwie dowcipem, żartem z samej siebie, a już zdołała wywołać negatywne reakcje. Sprawa została wyjaśniona pomiędzy właścicielką galerii a gazetą. Mówiąc szczerze, nie była to praca warta tej sprzeczki.

Czy w najbliższych planach artystycznych masz jakieś sieciowe prace?

- Najpierw rodzi się pomysł na projekt, a dopiero potem dobieram do niego technikę i sposób przedstawienia, ponieważ nie jestem związana z żadnym konkretnym medium. Niewykluczone, że ponownie wykorzystam Internet, zastanawiam się nad kilkoma pomysłami. Problem polega jednak na tym, że poza zbudowaniem najprostszej strony internetowej nie potrafię wiele więcej, nie znam tajemnic webmasterskich, języka programowania...

Przecież nie musisz tego robić sama, możesz kogoś wynająć.

- Chciałabym być hackerem. To wiem na pewno. I to jest moje marzenie.

Zaskakujące wyznanie... Chcesz w zaciszu domowym włamać się do czyjegoś komputera, czy spożytkować taką wiedzę artystycznie?

- Artystycznie oczywiście! To jest bardzo niebezpieczna sprawa, nikt nie mówi otwarcie, że zajmuje się hackingiem czy crackingiem, że potrafi to robić, trudno jest więc znaleźć kogoś chętnego do pomocy przy projekcie. A ja sama nie dam rady, wykładam się na podstawach.

A teraz pracujesz nad czymś, czy odpoczywasz?

- Pracuję i do końca roku wszystkie wystawy, które będę miała i indywidualne, i projekty na wystawy zbiorowe, kręcą się wokół filmów amerykańskich, w których występuje Brad Pitt.

Jesteś miłośniczką Brada?!

- Nie! Ale akurat gra w moich ulubionych filmach Przekręt i Fight Club, z których pojedyncze sceny wzięłam ostatnio "na tapetę". Wydawało mi się, że filmy te są bardzo dobrze znane i rozpoznawalne. Kiedy jednak zaczęłam przedstawiać moje koncepcje, odwołując się do ?tej konkretnej sceny z Bradem Pittem", okazało się, że moje wyobrażenia nie pokrywają się z rzeczywistością. Projekty, nad którymi pracuję są jednak na tyle uniwersalne, że bez znajomości filmów również czytelne. Skojarzenie z filmem nie jest może w moich projektach wcale najważniejsze. Na majową wystawę zbiorową Stan wewnętrzny w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu przygotowałam dwa nowe projekty inspirowane filmem Fight Club. Na jednym przerabiam na swój sposób scenę spadania ze schodów - zrzuciłam się z nich osobiście. A druga z tych instalacji wykorzystuje specyfikę miejsca, w którym organizowano walki.

Warszawa, Baumgart Cafe, kwiecień 2006