czwartek, listopad 15, 2007 Dylematy projektantki albo koniec sztuki jaką znamy Z wielkim zainteresowaniem podszedłem do najnowszej wystawy Laury Paweli (Last Exit For The Lost, lokal_30, do piątku 16 listopada). Z tak zwanego "przekazu medialnego" wynikało bowiem, że oto artystka dokonuje pewnego rodzaju bilansu - mierzy się z dotychczasowymi osiągnięciami, które już jej nie satysfakcjonują. Wydało mi się to niezmiernie intrygujące, gdyż twórczość Paweli jawiła mi się ucieleśnieniem wszelkich bolączek polskiej sztuki, która rozpędzona międzynarodowymi sukcesami z hukiem wypadła z torów. Pawela to w moim odczuciu modelowa "projektantka". "Projektantyzm" to coś na kształt konceptualizmu w wersji pop; sztuka wymyślona i zaprojektowana, składająca się z kilku dobrze nam znanych składników. "Projekty" potrafi robić każdy student akademii już po dwóch, trzech latach nie tyle nauki, co interesowania się sztuką najnowszą - "siedzenia" w niej. Projekty Paweli są projektantyzmem par excellence. Łączy je jednowymiarowość, dosłowność, czasem przegadanie, a w każdym wypadku nadmiar retoryki i wiara w jej sprawczą moc; także, niekiedy, infantylizm. By nie uciekać za daleko od meritum, podajmy jeden tylko przykład, a mianowicie rzecz pt. Ubezpieczenie Talentu (2005/06). Jak w tytule - Pawela postanowiła ubezpieczyć swój talent. Oczywiście ze świadomością niepowodzenia. Mamy tu więc pewny potencjał humorystyczny i... tyle. Rzecz dobra - na żart w kuluarach. Jest jednak i realizacja: film nakręcony ukrytą kamerą (rozmowy z agentami ubezpieczeniowymi), zdjęcia, na których widzimy rozmytą Pawelę na tle ostrych siedzib firm ubezpieczeniowych oraz pisemne odpowiedzi agentów. Zero wątpliwości, wszystko jasne. Łakomy kąsek dla krytyków, którzy lubią przepisać sobie wypowiedź artysty odnośnie jego własnej sztuki. No i jeszcze jedno: jeśli talent istnieje, to nie mija - mija co najwyżej czas. Pollock talentu nie stracił, jedynie dogoniła go następna epoka. Innymi słowy, ubezpieczenie talentu to czynność alogiczna. Po drugie, Pawela to najważniejsza bodaj (ze względu na szeroką recepcję) producentka obrazów, które nazywam ?niewspółczesnymi współczesnościami". Są to przedstawienia estetyk czy przedmiotów (obiektów) właściwych tylko "naszym czasom", jednak przemalowanych w skali 1:1, czyli w stylu, który znamy pod nazwą hiperrealizmu."Nowoczesne" ma być więc tu to, co widzimy na obrazie, a nie sam sposób malowania. U Paweli jest to pulpit programu Windows, a także rozmaite ikonki czy okienka; ponadto wyświetlacz ze starych komórek (starych, czyli sprzed kilku lat). I cóż? Pawela naprodukowała tego tony, a nowoczesne jak nie było, tak nie jest. Bo - rzecz jasna - malarstwo jest nowoczesne tylko ze względu na czysto plastyczne rozwiązania. U Paweli nawet obrazy zaklasyfikowane przez nią samą jako"nowe" przedstawiają... ikonki oznaczające windowsowe foldery. Są więc nowe o tyle tylko, o ile tego akurat motywu artystka jeszcze nie namalowała. Oczywiście raz przyjęta estetyka mutowała w sposób do bólu przewidywalny: były więc Windowsy w wersji totalnej (Reality_LP, 2004) i w końcu konstatacja, że takich obrazków spłodzić można bez liku (Faster, 2005). I tu wracamy do Last Exit For The Lost, z której to wystawy można, jak się wdaje, wysnuć szereg interesujących wniosków. Pawela medytuje raczej, niż szuka nowych rozwiązań. Jak pisze artystka, inspiracją były tu "zimowe depresje" i "wstręt do własnych prac". O ile to pierwsze nie interesuje mnie o tyle, o ile świetną inspiracją może być również letnia euforia, o tyle drugie jest godne najwyższej uwagi. Co znajdziemy na wystawie? Najpierw trzy realizacje wideo: martwy kozioł leżący w potoku, koncert zespołu Fields Of The Nephilim oraz film, który jest największą wpadką wystawy; wpadką organizacyjną, bo w skutek wyboru galerzystów z lokalu_30 (bądź samej Paweli) jego suspens - jeden jedyny kadr - posłużył za materiały prasowe. Zadziwiający wybór medialneg o"loga" wystawy. Skoro jednak zostało to już powiedziane po stokroć, powiem i ja (jeśli ktoś nie chce wiedzieć o co chodzi, proszę ominąć fragment do końca akapitu): na rzeczonym filmie oglądamy Pawelę stojącą do nas tyłem, na tle błękitnego nieba, nucącą pod nosem - i wtem artystka odwraca się na moment, by ukazać zionące czernią oczodoły. Robi wrażenie? Nie, bo wiedziałem czego się spodziewać i czekałem po prostu, aż Pawela się odwróci. Owe oczy, których brakuje na filmie, znajdujemy na ścianie, ulepione z papierowej masy. Z sufitu zwisają jeszcze kolczyki, które z kolei na filmie widzimy - to niby-kryształowe kulki. Pod nimi leżą kupki farby, a może smoły: czarne łzy (tak chciałbym je widzieć). Jest też motyw chyba najważniejszy: tytułowa fraza ułożona z wyciętych w kształt liter zeszytów. W zeszytach zaś wczesne prace Paweli, całkowicie przeciętne rysowanki nastolatki zafascynowanej metalowym genre. Jedna z nich wisi także wyeksponowany na ścianie. Jest pociesznie nieporadny, wręcz żenujący - i mi ten gest pokazania własnej słabości odpowiada. Nie odpowiada natomiast to, że Pawela swoje obnażenie zaprojektowała jak wszystko inne; sprowadziła do kolejnego konstruktu - od a do z wypieszczonego i szczelnego. Dosłownego. Przegadanego. Last Exit For The Lost składa się z nazbyt wielu elementów. Wydaje się, że Pawela nie posiadła bezcennej dla artystów umiejętności odrzucania własnych pomysłów, dokonywania selekcji - że nie wciela w życie zasad y "mniej znaczy więcej". Jeśli czytam na ulotce, że jako nastolatka Pawela inspirowała się muzyką rzeczonego Fields Of The Nephilim - to nie muszę oglądać jeszcze ich teledysku; jeśli pokazuje infantylne, pełne egzaltacji prace - to wystarczy jedna, ta co wisi na ścianie; nie potrzeba mi również tytułu wystawy powtórzonego w formie, o której wspomniałem powyżej. W mikroskopijnym wnętrzu lokalu_30 można odczuć zatem wszystko, tylko nie klimat intymnej spowiedzi czy refleksyjnej autokrytyki. Tu oczywiście wchodzą problemy techniczne, ale przecież i małe wnętrze da się zagospodarować sensownie. Oczy na ścianie są małe, niemal niezauważalne, a przy tym coś w nich jest. Można odczytać je jako wyłupione dlatego, że przesycone były nadmiarem wizerunków i informacji - wszak ulepione są z papieru czy też gąszczu literek. Podobnie czarne łzy są obiektem subtelnym - jednak tylko wówczas, jeśli wisiałby w tej sali (pokoju) samotnie. Do tego wystarczyłaby należycie wyeksponowana wczesna "metalowa" praca plus wideo z autoportretem - i tyle (należycie, czyli: ciemna sala i dziesięć razy większy ekran/ rzut; dodatkowo, ruch głowy Paweli lepiej "zagrałby" jako krótkie mignięcie, a nie powolny obrót). Czy jednak Last Exit For The Lost po okrojeniu byłoby wystawą dobrą? Mimo wszystko - nie do końca. Nadal byłby to zimny "projekt". Co ciekawe, Pawela o swoich młodzieńczych pracach pisze per "twórczość niczym nie skrępowana, niewyedukowana". Oczywiście podobne rysunki miał w zeszycie co drugi fan metalu - te prace to ilustracja słowa "standard", a nie żadna "twórczość". Ot, rysowanie - ale nade wszystko świetny dowód na to, że ?osobiste emocje" nie gwarantują artystycznej jakości. Dlatego nie każdy hobbysta jest wybitnym naiwistą, a raczej twórcą zupełnie sztampowych wizerunków, które określamy mianem "nieporadnych" czy "dziecinnych". Bo "emocjonalności" nie da się nauczyć - i nie da się do niej również na komendę powrócić. Co więcej, sztuka to nawet nie "emocjonalność" (bądź "logiczność") - sztuka to indywidualny talent. Rzecz, której nie da się wyuczyć. Niemniej wystawa Paweli jest w pewien sposób nostalgiczna, zmuszająca do przemyśleń. Jakich? Na przykład o sztuce, która może i miała swoje miejsce w momencie erupcji polskiej nowoczesności kilka lat temu, ale się definitywnie skończyła. Last Exit For The Lost to memento dla wszelkiej maści "projektantów". Przejmujące, bo poczynione przez projektantów królową. W mojej optyce także o tym, że krytyka bezrefleksyjnie afirmatywna bardziej krzywdzi artystów, niż taka, która wskazuje mielizny ich twórczości, a więc traktuje jako godnych polemiki. Przeciętny artysta pochwalony (a na pewno nie zganiony) przez topowego krytyka musi być w siódmym niebie, jednak z biegiem czasu zostaje ze swoją niepełną sztuką sam. Galerie nie kwapią się do współpracy, a czasopisma dyplomatycznie odpisują, że ?nie jesteśmy w tej chwili zainteresowani prezentacją Pańskich prac". I jeśli mogę pozwolić sobie na kapkę czarnego humoru (wszak wystawa jest depresyjna), to powiedziałbym, że Last Exit For The Lost jest świadectwem tego, jak dominująca w ostatnich latach bezkrytyczna krytyka - w istocie egoistyczna bądź nieudolna - doprowadza artystów na skraj załamania nerwowego. I dlatego wbrew temu, co napisałem powyżej, refleksja Paweli jest paradoksalnie bezcenna, a uczyniony przez nią gest "coming outu" niezmiernie istotny. Jej wyznanie jest wartościowe także artystycznie, bo naprawdę szczere - mimo, że nie przekonuje mnie jego formalna obudowa. Czuć tu zgorzknienie i rozczarowanie, bezsilnie miotanie się w świecie, w którym tak łatwo jest zostać artystą i tak łatwo jest przestać nim być; czuć przekonanie, że artysta sam dobrze wie, czy jest zdolny, czy nie. Krytyk może tylko potwierdzić (lub zwerbalizować) jego wątpliwości lecz także - nomen omen - zamglić mu oczy. Nareszcie dostaliśmy sztukę będącą świadectwem rozczarowania ułudą powszechnej artystycznej szczęśliwości, choć sztukę niedoskonałą - być może dlatego, że z tego świata wyrosłą. W warstwie intelektualnej nie jest to jednak kolejna porcja topornej sieczki - puzzli dla dzieci - ale refleksja nad status quo: oczywiście oparta na własnym przypadku, bo i tylko tak być mogło. I nawet, jeśli cele nie były tu tak dalekosiężne, to raz jeszcze potwierdza się reguła, że sztuka powstała bez wysiłku, naturalnie, daje więcej interpretacyjnych wariantów, niż wydumany projekt. Zabawne, ale do wczoraj Pawela była ostatnią osobą, której dałbym artystyczny kredyt zaufania. Dziś daję. Za szczerość, choć przygniecioną projektantyzmem, być może już nałogowym. Jednak kto wie, czy obecny na Last Exit For The Lost natłok to po prostu nie kilka osobnych prac, może zalążków osobnych realizacji. A jeśli nie, to i tak fraza wypowiedziana przez Pawelę "wstręt do własnych prac" - jest najważniejszą wypowiedzią, jak padła ostatnio na gruncie polskiej sztuki; sztuki wchodzącej właśnie w dorosłość.
|
|