Krzysztof
Kościuczuk "Budżet 500, czyli historie niedokończone"
Laura
Pawela zrobiła wystawę w białostockiej Galerii Arsenał za 500 złotych.
Tego dowiadujemy się już z samego tytułu. Nie znając realiów
funkcjonowania instytucji wystawienniczych, ciężko początkowo stwierdzić,
czy to dużo, czy mało. Interesujący jednak jest sam fakt ujawnienia
tej informacji w tak bezpośredni sposób. Zwykle tego typu "szczegóły" nie są dyskutowane chętnie, a tym bardziej podawane do publicznej wiadomości.
Ponadto artystka skrupulatnie rozlicza się z widzem z wydania powyższej
kwoty, wyliczając wszystkie koszty poniesione przy przygotowaniu ekspozycji
- od blejtramów po kleje. Czy uczynienie z budżetu tytułu, a co za
tym idzie tematu wystawy, jest gestem pozytywnego zaskoczenia czy też
brutalnego rozczarowania? A może idzie o coś jeszcze?
Jeśli przyjrzeć się uważnie, okazuje się, że Laura Pawela wykonała
manewr, który zaskoczyłby niejednego kuratora. Przy pomocy 500 złotych
zrobiła nie jedną, ale kilka wystaw, które związane są ze sobą zarówno
organicznie, jak i konceptualnie. Przenikają się wzajemnie, jedna wynika
z drugiej i stanowi żywotny element kolejnej, ale wszystkie tworzone
są przy użyciu minimalnych środków. Spójrzmy zatem.
Widz, żeby trafić do sal ekspozycyjnych, musi przejść przez hol z szatnią.
Tam na biurku portierki stoi monitor, na którym widoczny jest obraz
z kamer wideo monitorujących wystawę. Biorąc pod uwagę, że znajduje
się na niej zarówno drogi sprzęt (telewizory plazmowe, lightboxy),
jak i wyjątkowo duża ilość prac (pokaźnych rozmiarów rzeźba z pikseli
oraz liczne obrazy), takie środki bezpieczeństwa wydają się całkowicie
logiczne, poza tym w dużych instytucjach sztuki tego rodzaju zabezpieczenia
nie należą do rzadkości. Jednym słowem, wystawa jest imponująca. W
tym momencie staje się jasne, dlaczego artystka tak chętnie dzieli
się z nami informacją na temat kosztów produkcji. Po prostu fakt zrobienia
wystawy za tak niską sumę staje się uzasadnionym powodem do dumy. To
przykład, który warto naśladować. Jednak pierwsza ekspozycja wcale
nie jest tą, która zajmuje realną przestrzeń w budynku. To miraż, projekcja
wideo wykonana za pomocą programu komputerowego - wszystko staje się
jasne dopiero w momencie, gdy wejdziemy do środka.
Zamiast spodziewanej kompleksowej wystawy zastajemy mizerną namiastkę
ekspozycji. W sali wiszą dwa duże obrazy i kilka mniejszych, pozostałe
zaś są niekompletne. Niekompletne nie znaczy niedokończone, prace są
precyzyjnie ucięte wzdłuż niewidzialnej granicy, którą wyznacza tytułowa
suma. Wszystko okazuje się być na opak. To nie wystawa o budżecie,
a wystawa "budżetowa". Pieniądze wyznaczyły tu nieprzekraczalny margines,
poza którym istnieje tylko pustka. Co istotne, oglądane wcześniej obrazy
przedstawiające ikonę niewczytanego pliku graficznego nabierają tu
innego, bardziej dosłownego znaczenia. Pawela chętnie wykorzystuje
specyfikę przestrzeni, w której pojawiają się jej prace - na wystawie
w warszawskim CSW jej obrazy z serii Windows prezentowane były na tle
niebieskiej tapety z chmurami - klasycznego motywu znanego każdemu
użytkownikowi tego systemu, z kolei projekt Reallaura funkcjonował
w przestrzeni wirtualnej - internecie i telefonach komórkowych. Tu
pusta biała przestrzeń staje się równie istotna jak pokazywane w niej
obiekty. Konfrontacja rzeczywistości i wyobrażenia o niej jest wyjątkowo
bezwzględna. Mamy prawo czuć się rozczarowani. Wszak najpierw rozbudzono
nasze oczekiwania, żeby za moment rozbić je w bezkompromisowy sposób.
Lecz tu tkwi haczyk.
Oto mamy trzecią wystawę; jako swoista wypadkowa dwóch poprzednich,
trzecia wystawa to ta, która materializuje się na styku wirtualnej
projekcji i realnej obecności galerii. To wystawa, która miała powstać
pierwotnie, ale możemy ją sobie łatwo wyobrazić, ponieważ artystka
udostępniła nam wersję demonstracyjną (działającą tylko w części galerii).
W trzeciej wystawie wszystkie dotychczasowe obrazy Paweli, przenicowane
na drugą stronę, przestają istnieć. Wszystkie prace, począwszy od projektu
Reallaura po obrazy z serii Windows, znajdują swój odpowiednik w postaci
niezaładowanego blejtramu lub lightboxu. Pliku, który nie otworzył
się akurat przy tej próbie. Taki był oryginalny zamysł artystki, i
w ten sposób Pawela rozprawia się ze swoją twórczością i kontekstem,
w jakim przyszło jej (nie)funkcjonować. Obrazy nie otworzyły się. Czy
zostały uszkodzone w przesyłce? Być może tutejszy sprzęt nie jest kompatybilny
z formatem graficznym używanym przez autorkę? A może to kłopot z systemem
operacyjnym - całym systemem polskich galerii i instytucji kulturalnych,
który mimo usilnych starań okazuje się być nie bardzo przyjazny użytkownikowi?
Naturalnie, wystawa Paweli, jak większość wersji demonstracyjnych,
urywa się w najbardziej ciekawym... |