Monika Branicka


Co "ludzie mówią" czyli historia pewnych nieporozumień na linii sztuka-życie.

"Męczy mnie to bycie artystką. Jak się ktoś pyta kim jestem, zawsze słyszę: "Artystką? Czyli nie pracujesz?" Chyba znajdę sobie jakąś porządną pracę np. recepcjonistki." Laura Pawela

Drobna blondynka o chabrowych oczach nie wygląda na rzeźbiarkę. Nawet nie na artystkę. A niby jak miałaby wyglądać rzeźbiarka? Dwa metry wzrostu, sto kilo i brudne ręce do kolan? Laura Pawela odwołuje się do stereotypów i oczekiwań widza wobec artystów lub sztuki. Jej prace to misternie wyreżyserowane wielkie upadki, rozczarowania, zawody i sceny z krzywego zwierciadła czyli historia nieporozumień na linii sztuka i życie.
Na studiach tematem jej prac było ciało. Zrobiła wykrój własnego ciała i konfesjonał do kobiecych zwierzeń z oparciem wyprofilowanym na łono. Więc chciano ją upchnąć do szufladki "sztuka kobiet". Wywinęła się piskorzem, choć ten wątek czasem jeszcze powraca w pracach takich jak "Suczki". Wtedy też zrobiła rzeźbę rozprawiająca się z doświadczeniami rodzinnymi: biały dom z otworem, z którego spływały warkocze. Dziś śmieje się gdy o tym mówi: - Daj spokój, to jakaś prehistoria. Choć minęło ledwie kilka lat, takiej Laury Paweli rzeczywiście nikt już nie pamięta. Teraz "ludzie mówią": Pawela to ta, co maluje obrazy komórkowe i windowsy. Choć od jakiegoś czasu też już tego nie robi.
Czym wiec zajmuje się Laura Pawela? Najczęściej budowaniem i burzeniem mitów o niej samej i artystach w ogóle. W tym celu stworzyła swoje alter ego: Laurę Pawelę, artystkę. Kiedy mówi o sztuce, mówi o sobie w trzeciej osobie. Więc nie dziwi ją gdy "ludzie mówią", że Laura Pawela to pseudonim artystyczny. A niech mówią.
Zamieszanie wokół niej zaczęło się przy projekcie Reallaura, gdy Laura stworzyła nowoczesny pamiętnik Prawdziwej Laury. Pikselkowe autoportrety opatrzone komentarzami rozsyłała sms-ami i mailami. Scenki z życia traktowane początkowo jak spam szybko zaczęto odbierać jak odcinki telenoweli. Sumiennie zaczęła budować karierę słynnej artystki. Pozwoliła się podglądać, stworzyła swój własny Big Brother albo komórkowy blog. Pisała: Jestem za gruba, Dużo ostatnio przypadkowych imprez, Ciągle puste konto i brak kasy, Generalnie ciągle brakuje nam czasu i seksu więc "ludzie mówili", że Laura jest mitomanką. Dla jednych komentarze wydawały się ekshibicjonizmem i obsceną, innych zdawały się dziwnie znajome z porannych spotkań z lustrem. Potem wersję elektroniczną pamiętnika przeniosła na płótno. Za projekt, jeszcze jako studentka wrocławskiej ASP, dostała nominację do Paszportów Polityki. Wtedy na uczelni zawrzało. Na to ona w kolejnym odcinku napisała: A na uczelni się teraz gada, gada, gada...
Na temat Reallaury wylano już morze atramentu. I słusznie, to jeden z najlepszych jej projektów. Pisano o podróży malarstwa do sieci i z powrotem, o roli nowych mediów, o problemach z komunikacją itd. By widz głęboko uwierzył w istnienie Reallaury, Laura identyfikowała się z nią w realu: ubierała się w kolorze wyświetlacza komórkowego bo "zielony to najmodniejszy kolor w tym sezonie". Ale - jak sama mówiła - owo "real" było kompletnie nierealne bo w rzeczywistości niczego o mnie nie mówiło. Ujawniam swoją prywatność, lecz nic z tego nie wynika … to przewrotna gra, na która łatwo się nabrać, tak, jak nabieramy się na plotki w kolorowych pismach. W każdym razie usatysfakcjonowany widz dostał to, czego oczekiwał: poczucia, że wszystko o niej wie. Wirtualna Reallaura miała większy zasięg od prawdziwej (jak zasięg telefonów komórkowych), więc wydawało się że była prawdziwsza od prawdziwej. Stworzona na potrzeby mediów używała ich do własnych celów, zanim one użyły jej. Robiła karierę, dostarczała pożywki na plotki, które później wykorzystywała. Pokazywała, jak mocno wierzymy w fikcyjne historie fikcyjnych bohaterów.
Kiedy wprowadzono nowsze modele wyświetlaczy projekt umarł śmiercią naturalną. Laura przeniosła się do naturalnego środowiska współczesnego artysty - środowiska Windows. Na wystawie Reality_LP pokazała serię obrazów naśladujących komputerowe okna i paski narzędzi. Komunikaty na obrazach dotyczyły jej życia i kondycji np."Could not find myself". Przedmiotem jej sztuki stała się sztuka właśnie, podmiotem ona sama czyli artystka we współczesnym świecie. Wskazywała drogę swojej twórczości "Way of my art", oceniała ją: "quality 3, satisfaction 5" i komentowała: "Art OK."
Ludziom się spodobało. Mówili, że Laura maluje Windowsy. Galerie chciały sprzedawać obrazy jak świeże bułeczki, bo ludzie chcieli więcej i więcej. Wtedy ona wymyśliła maszynkę do malowania z opcją "Faster". To taśma produkcyjna, z której spadały obrazy. Wtedy stało się najgorsze: artystko-maszynka się zepsuła i zaczęła malować białe obrazy z czerwonym iksem w rogu. Takie same, jak niezaładowane pliki w komputerze. Komunikat w oknie interfejsu poinformował: enough.
W ślad za rosnącą wartością jej prac (i nie bez złośliwości dla rynku sztuki) sama uległa modzie na swoje obrazy. Postanowiła je ukraść. Przybyli na wernisaż widzowie zastali puste wnętrze, choć na kamerach przemysłowych widać było pełną wystawę. Klasyczny chwyt gangsterski, nagranie fałszywej taśmy i odtworzenie w kamerach. Nawiasem mówiąc, życie dopisało ciąg dalszy, bo jeden z obrazów rzeczywiście został później skradziony i po trzech dniach oddany. Później Pawela sfingowała ciąg dalszy kariery: zrobiła nagranie z własnej wystawy z Muzeum Sztuki Współczesnej w Strasburgu.
Pawela żeruje nie tylko na artystach, jej pożywką jest też całe otocznie: kuratorzy, krytycy, galerie i rynek sztuki. Na nikim nie pozostawi suchej nitki. Jeszcze na studiach zastanawiała się "Czy krytyk mnie kupi". Swoje zdjęcia powiesiła na haku jak szynkę w mięsnym, a obok ustawiła różową świnkę skarbonkę. Później zrobiła wystawę "Budżet 500 zł". Bo rzeczywiście tyle wynosił. Więc gdy skończyły się pieniądze przerwała malowanie, a na ścianach zawisły obcięte obrazy. Lekceważące traktowanie artystów wykpiła też w grze komputerowej "Train your artist", w której Laura na komendę maluje, śpi, robi wystawę albo się wygłupia. Ostatnio próbowała zastosować reguły rzeczywistości do świata sztuki i postanowiła ubezpieczyć swój talent, jak ubezpiecza się domy albo życie. Ale żadne z towarzystw ubezpieczeniowych nie było zainteresowane: w konfrontacji sztuki ze światem znowu poniosła fiasko. Więc kiedy pojechała na stypendium do Strasburga postanowiła wreszcie zająć się "porządną pracą": została hydrauliczką. Zrobiła akcję "Łazienka/Salle de Bain" i wyremontowała obskurną łazienkę instytucji, która ją tam gościła. I znów wypaczyła mit artystki, wykorzystując przy okazji stereotyp Polaka.
Ludzie mówią, że Pawela wkrótce rzuci malowanie. W następnym odcinku jej historii zobaczymy motyw z filmu "Przekręt", w którym Brad Pitt chciał ratować majątek swojej matki. Ona spróbuje uratować swoje obrazy. CDN.
Laura Pawela gra główną rolę w tragikomedii o stereotypach. Poddaje je analizie i wyolbrzymiając przedrzeźnia. Jak w krzywym zwierciadle. Robi sztukę z mówienia o sztuce: wskazuje czym sztuka i artystka nie jest. A przynajmniej - nie powinny.